Kiedy kapitan reprezentacji Polski pojawił się na boisku, Chicago Fire remisowało z Colorado Rapids 2:2. Najpierw zdobył bramkę, a potem zaliczył asystę i zespół z „Wietrznego Miasta” odniósł 16 zwycięstwo w tym sezonie MLS.
Lewandowski długo czekał na siódme trafienie w lidze. Ostatniego gola zdobył 52 dni temu – 10 września w meczu z Miami. W kolejnych ośmiu występach nie trafił do siatki i spotkanie z Colorado rozpoczął na ławce rezerwowych. Chicago przegrywało od 22. minuty, ale potem dwie bramki zdobył Jonathan Bamba. W 58. minucie wyrównał Paxten Aaronson.
Pięć minut później na boisku pojawił się Lewandowski, a po kwadransie trafił do siatki. Wykorzystał podanie Philipa Zinckernagela, minął bramkarza i było 3:2.
Mecz nie był jeszcze rozstrzygnięty, bo rywale tracili tylko jedną bramkę. W 88. minucie Lewandowski zagrał do innego zmiennika – Puso Dithejane. Reprezentant RPA wykorzystał podanie i ustalił wynik meczu na 4:2. – Wspaniale, że Robert strzelił gola – powiedział Gregg Berhalter, trener Chicago. – Cieszę się, że dobrze odegrał swoją rolę. Omówiliśmy, jak będzie wyglądał ten mecz i w jaki sposób może mieć na niego wpływ, i właśnie to zrobił. Trzy mecze w ciągu ośmiu dni to trudne wyzwanie, biorąc pod uwagę podróże i wysokość nad poziomem morza. Musieliśmy więc postępować mądrze. Wiedzieliśmy, że będzie miał wpływ na przebieg meczu, i wiedzieliśmy, że nadejdzie moment, kiedy przeciwnik się zmęczy i zacznie tracić siły – i właśnie wtedy wpuściliśmy go na boisko.
Dla Lewandowskiego to siódmy gol w MLS i czwarta asysta. Do tego jedną bramkę zdobył też w Leagues Cup. Dzięki wygranej Chicago Fire wróciło na czwarte miejsce w Konferencji Wschodniej. Ma też pewny występ w play off. Do zakończenia rundy zasadniczej drużynie Polaka został już tylko jeden mecz z Columbus Crew. Może jeszcze awansować na trzecią pozycję, ale też spaść na piątą.