Sport

Jakub Szymański: zrobiłem tutaj to, co do mnie należało

Źródło: Serwis informacyjny Polskiego Związku Lekkiej Atletyki
Dodano: 23.03.2026
foto: Tomasz Kasjaniuk / Źródło: Serwis informacyjny Polskiego Związku Lekkiej Atletyki
foto: Tomasz Kasjaniuk / Źródło: Serwis informacyjny Polskiego Związku Lekkiej Atletyki
Share
Udostępnij

W sobotni wieczór w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń Jakub Szymański napisał wspaniałą historię, zostając halowym mistrzem świata. Sezon halowy 2026 kończy zatem ze złotem globalnego czempionatu, rekordem Polski i czternastoma biegami z rzędu bez porażki. – Zrobiłem to, co do mnie należało – mówi polski płotkarz.

Przygodę ze sportem zaczynał od skoku wzwyż. W Sopockim Klubie Lekkoatletycznym trenował z Bernardem Wernerem – byłym oszczepnikiem, mistrzem Polski z lat 70. Pod jego opieką zdobywał pierwsze medale i odnosił sukcesy. W latach 2018-2021 regularnie zwyciężał w mistrzostwach Polski do lat 18 i 20, poprawiał też rekordy kraju w tych kategoriach wiekowych. Po medalu mistrzostw świata juniorów w 2021 roku dwa lata później wywalczył krążek halowych mistrzostw Europy. Trenujący od kilku lat z duetem Mikołaj Justyński-Maciej Ryszczuk Szymański regularnie poprawia rekordy Polski, zdobył też złoto halowych mistrzostw Europy. W sezonie halowym 2026 imponował skutecznością. Wygrał wszystkie czternaście biegów, w których startował. Rekord Polski doprowadził do znakomitego poziomu 7.37, a na koniec wywalczył halowe mistrzostwo świata.

Wykonałeś w pełni plan, który założyłeś sobie przed mistrzostwami świata. Przyjechałeś i zwyciężyłeś.  

Co tu dużo mówić, to był najważniejszy start w mojej dotychczasowej karierze. Była największa presja, największa radość w moim życiu. Wszystko największe, nawet dramaturgia.

Odebrałeś sobie to, czego nie udało się dokonać przed rokiem w Nankinie.

W 2008 roku Dayron Robles był wielkim faworytem mistrzostw świata w hali, ale uderzył w płotek i nie dostał się do finału. Dwa lata później wygrał. Wzorowałem się na tej historii. Mam podobnie. Różnica między mną a Kubańczykiem była taka, że przed rokiem w Chinach poziom nie był wysoki. Zasadzałem się tam na złoty medal, wiedziałem, że jest w moim zasięgu. Zrobiłem dobrą aklimatyzację, byłem lepszy od Granta Hollowaya. Byłem wtedy w znakomitej formie, najlepszej w życiu. Miała być walka o medal, o złoto. Ostatecznie zostałem z niczym, z rozpaczą. To bardzo przełożyło się na mój sezon letni 2025.

W jaki sposób?

Pierwsze półtora miesiąca lata 2025 to był czas bez energii. Zresztą nie tylko u mnie, bo i u moich trenerów. Tamte wydarzenia z Nankinu bardzo nam podcięły skrzydła. Nie mogłem się cieszyć latem. Wiadomo, że na stadionie nie jestem takim hegemonem jak w hali. Byłem dużym pesymistą, jak nie ja, gdyż na co dzień jestem dużym optymistą. Wierzę w swoje możliwości.

Przed mistrzostwami świata mówiłeś, że aby walczyć o złoto, trzeba będzie w Toruniu poprawić rekord Polski. Ostatecznie wystarczyło 7.40.

Zostałem zaskoczony. Mój czas oscylował w graniach rekordu Polski, ale nie był lepszy. Zrobiłem to, co do mnie należało. Najlepiej ze wszystkich wytrzymałem presję. Niespodzianką jest, że srebro zdobył Enrique Llopis. Dwóch Europejczyków pokonało faworyzowanego Amerykanina Cunninghama.

Cunningham zaimponował w półfinale biegiem na 7.35!

Wiedziałem, że jego życiówka nie znaczy dla niego nic dobrego. Jestem doświadczonym zawodnikiem w startach halowych i wiem, że jak się biję życiówki na tym etapie, to potem nie ma tego wystrzału w finale. Miałem taką sytuację w Glasgow, dwa lata temu na mistrzostwach świata w hali. Wtedy w półfinale pobiegłem rekord Polski 7.46, a w finale było strzelanie ślepakami.

Trybuny pomogły?

Tak! Kibicowała mi też moja rodzina. A po biegu zeszkliły mi się oczy. Przytuliłem się do rodziców i wypłakałem się jak mały chłopiec. Naprawdę przez ten rok od Nankinu nie miałem życia. Psychicznego. Wszystko, co było związane ze sportem, łączyło się z Chinami.

A jest coś pozytywnego, co wyniosłeś z tego nieudanego występu przed rokiem?

Chiny to było coś potrzebne w moim życiu. Wygrane, udane występy nie uczą tak jak porażki. Wszyscy najwięksi sportowcy to mówili. Wzorowałem się na nich, oni podkreślali, że trzeba wierzyć w siebie. Ja przestałem na jakąś chwilę. Natomiast to, co wydarzyło się w Chinach, zmieniło mnie jako człowieka. Oprócz mnie tylko trzy osoby wiedziały, z czym się mierzę – spowiadałem się menadżerowi Marcinowi Rosengartenowi i trenerom Mikołajowi Justyńskiemu oraz Maciejowi Ryszczukowi. Rodzina nic nie wiedziała. Oni nie byli profesjonalnymi sportowcami, a nikt kto nie był w zawodowym sporcie, nie jest w stanie tego zrozumieć. Wróciłem lepszy, silniejszy. Nie potrzebowałem psychologa, sam sobie z tym poradziłem. Dużo rozmawiam ze sobą i uważam, że jest to wielka i bardzo dobra metoda na radzenie sobie ze stresem. Podsumowując – te Chiny mnie nie załamały, a wzmocniły.

Kiedy biłeś w tej toruńskiej hali rekordy Polski juniorów i juniorów młodszych z pewnością nie mogłeś przypuszczać, że sięgniesz w niej po złoto mistrzostw świata.

Wtedy moim trenerem był Bernard Werner. Traktowałem go jak przyszywanego dziadka. Czułem się przy nim swobodnie. Myślę, że jest ze mnie dumny. Z pewnością oglądał mój występ i miał łzy w oczach. To on zapoczątkował moją karierę. Później przejęli ją Maciej Ryszczuk i Mikołaj Justyński. Oni dalej szlifują ten diament i pewnie będą to robić jeszcze przez dekadę.

Będziesz w jakiś szczególny sposób celebrował to złoto?

Wracam do domu rodzinnego. Będę mógł spać z moim psem w jednym łóżku. I jak się będę budził, to będę mógł się cieszyć z tego, co dokonałem.

Share
Udostępnij

Nasi partnerzy