Reklama

Ludzie

Stanisław Ożóg – piórko, pędzel i las. Mistrz ilustracji wraca do dzieciństwa

Alina Bosak
Dodano: 18.03.2019
44902_ozog
Share
Udostępnij
Jego malarskie światy zawsze odziane są w niezwykłość. Jakąś bajkę, której początku pewnie szukać by trzeba w Nienadówce sprzed 60 lat. W beczce-skrytce i kuszącym zaczytaniu, w szalonych gonitwach między szelestem łodyg kukurydzy. – W moim dzieciństwie nie było zabawek innych niż te, które podsunęła wyobraźnia – uśmiecha się Stanisław Ożóg, syn Jakuba „Miłego”. Mistrz ilustracji prozy Brunona Schultza, poezji Bolesława Leśmiana i erotyków, które zdobią nawet ćmielowską porcelanę. Absolwent jarosławskiego „plastyka” i najlepszej europejskiej uczelni, kształcącej grafików książki. Z piórkiem i pędzlem od 40 lat. 
 
Rok 1988. Artysta grafik Leszek Ołdak jedzie z Opola przez Rzeszów na Plener Ilustratorów do Suśca. W Rzeszowie wsiada jakiś „rockman” – ubrany w skórzaną kurtkę Harley-Davidson, zajmuje miejsce przy oknie, milczący, wpatrzony w szybę, trochę nieobecny. W Tomaszowie Lubelskim już wspólnie czekają na nyskę. Rockman to wcale nie rockman, tylko Stanisław Ożóg, ilustrator książek, absolwent znakomitej niemieckiej uczelni. Od tej pory będą się na plenerach spotykać już co roku. Ołdak napisze: „Jaki jest Staszek? Obsesyjnie pracowity, nie potrafiący trwonić czasu, umie tuż po rozpakowaniu walizek usiąść natychmiast do pracy”. I jeszcze: „Lubi las. Może godzinami spacerować, ciesząc się jego różnymi formami. Cieszy się z każdego grzyba, każdego słoika miodu przyniesionego z leśnej pasieki. Taki z niego leśny ludek – dlatego to, co robi zawodowo jest bardzo szczere”.
 
Trzydzieści lat później w swoim rzeszowskim mieszkaniu Stanisław Ożóg, rocznik 1952, ani myśli wypierać się miłości do lasu. Natomiast nic w nim nie ma z zamyślonego rockmana przy oknie. W ciepłym domu, w którym znać wrażliwą rękę żony Krystyny, wśród kuszących kolorową bajką obrazów i eleganckich rysunków malowanych jednym pociągnięciem pędzelka, rozsypuje przed słuchaczem pełne humoru opowieści o czasach, w których zaczął się artysta. Okazja jest dobra. Pracy twórczej ma za sobą już 40 lat. W BWA niedawno zorganizowali mu wystawę jubileuszową.  
 
 
Mój ojciec wstępuje do strażaków. Rys. Stanisław Ożóg

Obrazki z dzieciństwa

W domu w Nienadówce k. Rzeszowa był komplet kilkuset przedwojennych pocztówek ze znaczkami i XIX-wieczna Biblia z ilustracjami Gustave’a Dorégo – pierwsza szkoła rysunku Stanisława Ożoga. – Nie miałem na czym rysować, więc porysowałem te pocztówki. Rodzice, zapracowani rolnicy, w ogóle nie zwrócili na to uwagi. Biblii nie porysowałem, za to uważnie studiowałem umieszczone w niej ilustracje. To było znakomite wydanie. Format A3. Na co drugiej stronie drzeworyt pełnoformatowy. Doré był świetnym grafikiem, zilustrował wiele dzieł, m.in. „Boską komedię” Dantego. W tej domowej Biblii wolałem Stary Testament. Był bardzo interesujący. Ciągle ktoś kogoś zabijał. I to tam po raz pierwszy spotkałem się z aktami kobiecymi. 
 
Ojciec Stanisława, Jakub także miał artystyczne zapędy. Był stolarzem i opowiadał, jak za porysowanie stołu w przedwojennej, czteroklasowej szkole, postawiono go za karę w kącie. Był także artysta w rodzinie matki, daleki krewny – Jan Bolesław Ożóg, poeta. Nazywał się Ożóg, bo Ożogów w Nienadówce jest mnóstwo, więc oprócz nazwisk nosili przydomki. Stanisław pochodzi z Ożogów „Miłych”. 
 
Był może w 4-5 klasie, kiedy zdumiał wszystkich portretem księdza, który przyjechał do Nienadówki głosić rekolekcje. Rodzina wiedziała, że Staszka trzeba dalej kształcić w szkole artystycznej, ale myślała o technikum w Sędziszowie Młp., gdzie uczono metaloplastyki i zabawkarstwa. – Kierownik podstawówki w Nienadówce, Ludwik Janik, przekonał mojego ojca, że lepiej będzie mnie wysłać do Liceum Plastycznego w Jarosławiu. Byłem teraz na 70-leciu jarosławskiego plastyka i dużo wspomnień wróciło. Mój rocznik miał szczęście kształcić się pod okiem wspaniałych pedagogów. Prof. Wiktor Śliwiński od malarstwa, dyrektor Edward Kieferling, prof. Stanisław Tobiasz od rzeźby, Irena Oryl uczyła kompozycji, Anna Jenke języka polskiego – wydobywa z pamięci tamte nazwiska.
 
W Jarosławiu próbowało się różnych sztuk plastycznych, a nauczyciele obserwowali. Irena Oryl oceniła, że uczeń Ożóg ma talent do grafiki. Profesor Tobiasz radził rzeźbę. Ożóg wolał grafikę. I wtedy z Warszawy przyszedł list. Uczelnia w Lipsku zaoferowała dwóm polskim studentom studia na wydziale grafiki książki. Każda z siedemnastu szkół plastycznych w Polsce miała zaproponować swojego kandydata, a komisja w ministerstwie kultury i sztuki zdecydować, kto pojedzie na studia do NRD. Wybrano Ożoga i dziewczynę z Poznania. – Doszło przy tym do zabawnego incydentu. Dyrektor Kieferling, aby zwiększyć moje szanse na stypendium, napisał, że należę do Związku Młodzieży Socjalistycznej. Sprawdzili. I wyszło, że nie należę. Zadzwonili do Kieferlinga oburzeni, że chce ich oszukać. A Kieferling od razu im powiedział: „On tak się udziela społecznie, to byłem przekonany, że należy do ZMS-u”. 
 
Warunkiem odebrania stypendium był zdany egzamin na jedną z polskich akademii sztuk pięknych. Wybrał Katowice. Na egzaminie z rysunku pojawił się prof. Mieczysław Wejman. Przeszedł przez całą grupę kandydatów przy sztalugach i zatrzymał się przy Ożogu. – Popatrzył na rysunek, potem na mnie i wyszedł. Wszyscy na to: „Stary, jak się Wejman przy tobie zatrzymał, to znaczy, że już zdałeś”. Rzeczywiście zdałem i od razu zrezygnowałem, bo czekała na mnie Hochschule fur Graphik und Buchkunst in Leipzig, czyli Wyższa Szkoła Grafiki i Grafiki Książki w Lipsku.   
 
 
Kafka. Okładka autorstwa Stanisława Ożoga
    
Obrazki z Lipska

To była jedyna uczelnia w obozie socjalistycznym, która kształciła ilustratorów i typografów. W Lipsku studiowali ludzie z całego świata, z naciskiem na kraje sympatyzujące ze Związkiem Radzieckim. – Z Afryki, Azji, Ameryki Południowej. Na moim roku Węgier, dwoje Czechów, Polka, Bułgarka, kilku Niemców. W akademiku mieszkałem z synem ambasadora mongolskiego w Berlinie. To często były dzieci wpływowych osób, dygnitarzy. Wszyscy się dziwili, że mój ojciec nie siedzi na placówce dyplomatycznej, tylko na wsi krowy hoduje. W porównaniu z Polską Gierka to był inny świat. Koledzy z Polski jak wryci stawali przed witryną sklepu rzeźnika, w której wisiały kiełbasy i szynki – opowiada artysta.  
 
Ale i Niemcy dziwili się, odwiedzając go w Nienadówce. Koledzy z Berlina Zachodniego i koleżanka z Lipska przyjechali na wakacjach. Odnaleźli Nienadówkę o 1 w nocy i spotkali na ulicy Stanisława Ożoga, ale to nie byłem ja. Przenocowali w busiku i rankiem dalej mnie szukali. Idę na ranną mszę z kolega, a tu nadjeżdża wymalowany busik, zatrzymuje się, wyskakuje z niego dziewczyna w bikini i rzuca mi się na szyję. Kolega osłupiał. Mieszkali u mnie w domu trzy dni, pomagali przy żniwach w upalny dzień i mówili: „To będzie zaprawa przed Afryką”.   
 
Na studiach w Lipsku przez pierwsze dwa lata były zajęcia ogólne. – Rysunek, kompozycja, anatomia, historia sztuki i oczywiście marksizm/leninizm, na który nie chodziliśmy, bo zaraz po pierwszych zajęciach Wietnamczycy powiedzieli: „Panie Profesorze, my tylko rozumiemy, sechzig prozent. Czy możemy się przygotowywać w domu i później tylko zaliczyć na egzaminie?” On na to, że oczywiście. Od razu w ślady Wietnamczyków podszedł Andrasz, mój kolega z Budapesztu, który kończył średnią szkołę w Wiedniu, i powiedział, że ja i on także tylko sechzig prozent rozumiemy. I profesor nam również odpuścił. Zaliczaliśmy same egzaminy. Z Andraszem przyjaźnię się do dziś. Mieszka w Budapeszcie. Jest wielkim znawcą symboli żydowskich na macewach. Napisał na ten temat trzy książki, wydał albumy z analizą tych symboli. W tym roku chcę go zaprosić na wystawę do Polski.  
 
Znawcy zachwycają się odważną linią, jaką Stanisław Ożóg kreśli kształt ciała w erotykach. – Ta pewna ręka to zasługa Fräulein Korger, która uczyła nas liternictwa – zdradza artysta. – Była specjalistką wysokiej klasy i autorytetem. Zaprojektowała dwa kroje pisma, które weszły do drukarń w NRD. Pod jej okiem, bez użycia ołówka i linii pomocniczych, ćwiczyliśmy pisanie liter pędzlem, dbając przy tym o odpowiednie światło między każdą kreską i brzuszkiem. Trudny pod tym względem był zestaw liter HAMBURGOSEN, który bez przerwy kazała nam powtarzać. Stawiała potem nasze prace na sztalugach, mierzyła wzrokiem i nagle wybuchała: „Pan jest ślepy!? Nie widzi Pan, że między H a A jest ogromna dziura!?” A to była raptem jedna dziesiąta milimetra. Była bardzo wymagająca, ale wiele nas nauczyła.
 
Na uczelni w Lipsku znajdowała się zecernia. Tam nauczył się posługiwania wierszownikiem, składania tekstu, itd. Zapach tej pracowni pamięta do dziś. Teraz książki składa się w komputerze. Łatwo wszystko poprawić. W zecerni liczyła się staranność, precyzja, uważność. Błąd mógł drogo kosztować. – Na dyplom ilustrowałem sześć baśni braci Grimm i sam musiałem też złożyć tekst na zecerni. Niestety, na ostatniej stronie wyszedł „bękart”, za dużo wolnego miejsca, tylko kilka linijek tekstu. Zgodnie ze sztuką ostatnia strona powinna być zapełniona przynajmniej w trzech czwartych. Nic się nie dało zrobić. Na potrzeby egzaminu wymyśliłem więc kilka zdań i dopisałem nowe zakończenie bajki. Nikt się nie zorientował.
 
 
Rys. Stanisław Ożóg

Dla Stanisława Ożoga nakreślenie tekstu opowieści to żadna nowość. W Jarosławiu działał w kabarecie. Do dziś tworzy wiersze i piosenki.    

Dyplom niemieckiej uczelni do Polski wiózł z dumą. Był rok 1978, a on zamierzał zostać w Warszawie, gdzie zaproponowano mu pracę w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. – Ale kiedy zaprowadzono mnie do obskurnego pokoiku, gdzie siedział nieprzyjemny facet, wyjadający scyzorykiem mielonkę z puszki i usłyszałem, że to jest redaktor techniczny, któremu mam asystować, grzecznie podziękowałem i wróciłem do Rzeszowa. Dostałem posadę kierownika artystycznego w oddziale Krajowej Agencji Wydawniczej. Siedziba mieściła się w jednym z domów przy Alei pod Kasztanami. 

Rzeszowskie klimaty

To było miejsce jego pracy przez 12 lat. Projektował okładki, ilustracje do bajek, kalendarze. Rzeszowski oddział KAW był jedynym wydawnictwem w regionie. Najbliższe znajdowały się w Lublinie i w Krakowie. Wydawał wówczas wiele pozycji. Stanisław Ożóg ilustrował bajki dla dzieci m.in. „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”, poezję Leśmiana, Norwida, Asnyka, Tetmajera, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz poetów współczesnych, często miejscowych. – Drukowaliśmy w Zakładach Graficznych w Rzeszowie, a książki wymagającego większego kunsztu w Domu Słowa Polskiego w Warszawie. 
 
Jeszcze za czasów KAW-u, w 1987 roku zaczął wyjeżdżać na Międzynarodowe Plenery Ilustratorów. Właśnie te, na które rok później jechał nyską z Leszkiem Ołdakiem. Organizowała je Grażyna Szpyra, dyrektor Biura Wystaw Artystycznych w Zamościu, wspólnie z redaktorami graficznymi Naszej Księgarni. Do Suśca przyjeżdżał m.in. Zbigniew Rychlicki, twórca Misia Uszatka, Zdzisław Witwicki od wróbelka Elemelka, Józef Wilkoń, profesor Janusz Stanny. Stanisław Ożóg wciąż w tych plenerach uczestniczy, bo to okazja, by spotkać się z kolegami i koleżankami ilustratorami z całej Polski. W takich wyjątkowych klimatach powstało ok. 80 prac – ilustracje do „Pana Tadeusza”, Biblii, dzieł Kochanowskiego, Słowackiego, Sienkiewicza, Fredry, Reymonta, Kraszewskiego, Miłosza.                
 
To i tak wyimek jego twórczości. W ciągu 40 lat pracy twórczej stworzył około 2 tysięcy obrazów, ilustracji, rysunków. Przygotował ponad 80 wystaw indywidualnych. W latach 1997-2004 jego prace co roku były prezentowane w domu Marii Kuncewiczowej w Kazimierzu Dolnym. Tym domem zarządzała Fundacja Kuncewiczów, której dyrektorem był Edward Balawejder. W domu pisarki stworzył artystyczny salon. Zapraszał plastyków, poetów, pisarzy. Mogli tam mieszkać, oprowadzać zwiedzających i zapraszać ich na kawę do kuchni. – To było szczególne miejsce – wspomina Ożóg. – Potem syn pisarki, Witold, sprzedał „Kuncewiczówkę” samorządowi województwa lubelskiego. Dom zrobił się zupełnie muzealny i już nie ma picia kawy ze zwiedzającymi. Ale ja do Kazimierza Dolnego nadal jeżdżę. Na końcu ul. Lubelskiej stoi zabytkowa XVIII-wieczna stodoła z bali, kryta gontem. Właścicielka otwiera tam latem galerię, w której wystawia moje prace. Dzieje się to podczas Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi, kiedy Kazimierz jest pełen gości.
 
Pod koniec lat 90. na rysunki Ożoga zwrócił uwagę Adam Spała, właściciel fabryki porcelany AS Ćmielów. Trafił na wystawę erotyków – linearnych, niedopowiedzianych do końca, właśnie w Kazimierzu Dolnym w galerii „Bohema”. Zaprosił ilustratora do Ćmielowa i wiele rysunków zamówił. Zdobią ekskluzywne kolekcje porcelany i są stałym elementem wystroju Muzeum Porcelany jako witraże. – Zrobiłem dla niego także serię znaków zodiaku na filiżanki serwisu, który zamówiła pani prezydentowa Maria Kaczyńska. Wzór został przez Pałac Prezydencki zaakceptowany, ale nie doszło do podpisania wiążącej umowy. Wydarzyła się tamta katastrofa i zamówienia nie kontynuowano. Ćmielów wprowadził wzór do regularnej sprzedaży.
 
 
Wichura. Rys. Stanisław Ożóg

Jak u Schulza i Leśmiana

Mówią, że ilustratorzy to mole książkowe. Czy to prawda? Na pewno lubią czytać i  mają swoich ukochanych autorów. On – Brunona  Schulza i Bolesława Leśmiana. Bo są podobnie zafascynowani magią w zakamarkach świata, bajką zaklętą w naturze, mocą wyobraźni. Ożóg lubi więc swoje cykle rysunków schulzowskich i leśmianowskich. Świat je zaś ceni. Artysta jest stałym gościem Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu, pokazywał je w Lwowskiej Galerii Obrazów, w Truskawcu, jak również w Instytucie Polskim w Sofii i w Budapeszcie. Jego ilustracja do prozy Schulza trafiła w ubiegłym roku na okładkę czeskiego miesięcznika literackiego „Plav”. Czesi zaprosili również Ożoga z wystawą na festiwal w Brnie, który odbędzie się w listopadzie br. 
 
Nowych prac na te wszystkie wystawy nigdy nie brakuje. Jest bardzo systematyczny. O tej samej porze wstaje, je śniadanie. O siódmej idzie do pracowni. Do domu wraca przed 14. Należy do skowronków. Rano lubi pracować, a wieczorem woli udzielać się towarzysko. Maluje temperami na papierze albo piórkiem i tuszem. Farb olejnych nie lubi. Przeważnie tworzy cykle 10-12 prac. Ich pierwszy recenzent to najczęściej Krystyna. – Jest bardzo wymagająca i potrafi wytknąć błąd – zdradza twórca. – Jeśli nie rysuję parę dni, czuję, że czegoś mi brakuje. Najtrudniej zacząć. Pierwsza plama jest najważniejsza.
 
Nigdy nie namalował realistycznego pejzażu. Nie przenosi też na papier architektury, bo po co malować coś, co już raz ktoś stworzył. W domu ma „Księgę Wspomnień z Dzieciństwa”. Piórkiem i tuszem zapełnia kolejne karty obrazkami z Nienadówki. Na jednym krowy przypominają jednorożce. – Często pojawia się motyw krów, bo musiałem je pasać – uśmiecha się artysta. – Tutaj jest fujarka – taka zabawka, którą robiliśmy z wysokiej konserwy. Dziurawiło się jej spód i boki, dorabiało ucho z drutu, do środka pakowało suche krowie „placki”, podpalało i kręciło jak kadzidłem. Po polach snuły się sznury dymu – opisuje i przewraca kartę. Jest rysunek, jak leży w wielkiej beczce i czyta książkę ukrywając się przed ojcem i obowiązkami w gospodarstwie. Znów obrazek. Dwie drogi polne oddziela łan kukurydzy. – Wymyśliłem z koleżanką, że będziemy biegać w tej kukurydzy sąsiednimi rządkami. Im szybciej, tym lepiej, bo potrącana ramionami kukurydza wydawała tajemniczy chrzęst. Tak biegaliśmy, aż wpadliśmy na siebie głowami. Bolało! W tych zabawach budziła się wyobraźnia. Na wsi panowała bieda. Zabawa wymagała od nas inwencji, wymyślania. Sami budowaliśmy swoje zabawki. Wieś i przyroda od zawsze są moją inspiracją…. O, tu na sianie. Na każdych wakacjach sypiałem na strychu na sianie zwiezionym z łąk. Nocą nasłuchiwałem, czy nikt nie wchodzi po drabinie, by mnie zamordować. Najczęściej okazywało się, że wchodził, ale kot. A tu poszliśmy na grzyby z kolegą. Był jeszcze świt. Położyliśmy głowy na kamieniu i zasnęliśmy. Obudził nas ryk krów. 
 
Teraz też w każdy wolny dzień wyjeżdża z żoną do lasu. – Wszystkie okoliczne lasy, aż po „janowskie” mamy spenetrowane – mówi, a Krystyna uzupełnia: – Kiedy widzę, że ma smutne oczy, wiem, że musimy jechać. Kiedy Staszek wchodzi w las, zmienia się. Upaja go ten widok. O każdej porze roku. Chociaż najbardziej wtedy, kiedy nie ma liści i las staje się graficzny. Albo w kwietniu. Gdy pojawiają się pierwsze pąki.  
 
 
Do leszczyny. Rys. Stanisław Ożóg

Share
Udostępnij
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Nasi partnerzy